"Dziennik" pisze dziś o najbardziej zawodnym samolocie z floty LOT-u. Chodzi o Boeinga 767, który w ostatni czwartek próbował wylecieć z Nowego Jorku do Warszawy. Klimatyzacja wysiadała wtedy dwa razy, a wnętrze samolotu wypełniało się dymem. Pasażerowie na wylot czekali do sobotniego poranka.
Jak pisze "Dziennik", załogi i mechanicy już dawno przestali nazywać ten samolot jego oznaczeniami. Dla nich nazywa się on "Papa error", "Prince Edward" czy "Pani Ewa". Skąd biorą się te barwne przezwiska? Od ostatnich liter w rejestracji samolotu. Maszyna oznaczona jest literami SP-LPE.
"Dziennik" przytacza też żart, który o "Papa error" opowiadają sobie załogi:
"Spotyka się trzech pilotów i przechwala się swoimi osiągnięciami. - Ja latałem nad Berlinem w 1942r. - mówi pierwszy. Ja latałem w "Pustynnej Burzy" - chwali się drugi. - Ja latam do Ameryki na "Papa error" - rzuca trzeci. - To nie odwaga, to szaleństwo - odpowiadają dwaj pierwsi".
Nieudany start z Nowego Jorku to tylko jedna z długiej serii awarii samolotu. Problemy były między innymi z układem paliwowym. W rozmowach z "Dziennikiem" wypowiadający się anonimowo pracownicy LOT są zgodni - samolot należy sprzedać, ponieważ koszty jego utrzymania są zbyt duże.
Dlaczego "Papa error" jeszcze lata? Rzecznik LOT-u nie chciał wczoraj z "Dziennikiem" rozmawiać.
POLECAMY:
Bill Gates kasuje konto na Facebooku. Miał za dużo znajomych
W Korei Północnej otwarto pierwszy fast-food. Niedługo hot-dogi
Mylą go z pierwszym człowiekiem na Księżycu. Nazywa się...






![Znalazł żywe larwy w skrzydełkach z McDonalda. Obsługa nawet nie przeprosiła [WIDEO]](http://bi.gazeta.pl/im/2/11698/z11698042D,McDonalds.jpg)
